Sklep z używaną odzieżą

Przeglądałam na Craiglist ogłoszenia o wyprzedażach po osobach zmarłych, robiłam sobie plan i zaczynałam od adresów, skąd, jak mi się wydawało, odeszli najstarsi. Pojawiałam się tam o szóstej rano i stawałam w kolejce ludzi, którzy z reguły urodzili się przynajmniej dwadzieścia lat wcześniej niż ja. Kiedy już nas wpuszczono, zaczynało się myszkowanie w poszukiwaniu starych koronek, ja zaś rzucałam się prosto do garderoby, żeby wydobyć stamtąd płaszcze, minisukienki, dyskotekowe kiecki od Haistona lub dresy w stylu serialu Złotka. Zbierałam wszystko to do kupy, targowałam się, płaciłam i wychodziłam. Wpadałam też regularnie do miejscowych ciucheksów, gdzie cierpliwie czekałam, aż obsługa przywiezie z zaplecza kosze z nową dostawą. Kiedy zabierali się do ich zawieszania, fru! – rzucałam się na nie, szukając niespodzianek. Kiedyś znalazłam w koszu aż dwa żakiety Chanel. Raz, dwa, trzy – JEDEN ŻAKIET CHANEL, cztery, pięć, sześć – KOLEJNY! Za każdy płaciłam osiem dolarów. Wrzuciłam je na eBaya, podając jako cenę początkową 9,99, a sprzedałam za ponad półtora tysiąca dolarów. Nie miałam pojęcia, co to jest „marża”, ale wiedziałam, że zmierzam w dobrym kierunku.

Kiedy teraz o tym myślę, byłam chyba najgorszym typem klienta sklepów z używaną odzieżą, ponieważ nie dość, że działałam podstępnie, to jeszcze się targowałam. „Ten sweter ma dziurę”, oznajmiałam, podchodząc do kontuaru. „Czy mogłabym dostać dziesięć procent zniżki?” Nawet jeśli oznaczało to jedynie pół dolara, było warto. Liczyłam wtedy każdego centa.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>